LATO – CZAS WAKACJI, URLOPÓW, ODPOCZYNKU CZAS SZCZEGÓLNY

Adam Pietrzak

Lato czas urlopów, czas wakacji, czas oczekiwany z tęsknotą za odpoczynkiem, czas dobrych postanowień. To czas, w którym nie można już powoływać się na brak czasu dla siebie, dla Pana Boga. To czas, którego jest jakby więcej, bo dzień dłuższy, bo widno długo wieczorem. To czas w którym już nie można swojego lenistwa usprawiedliwiać „Panie Boże widzisz jak jestem zmęczony, więc dziś nie będę się modlił, dziś tylko się przeżegnam” , „dziś nie mam głowy by spojrzeć w soje sumienie, zrobię to gdy nie będę tak zmęczony”, „w tę niedzielę nie pójdę do Kościoła, przecież Boże widzisz jak bardzo mi się chce spać’. Lato czas urlopów i wakacji, to czas w którym powinniśmy sprawdzić czy „jesteśmy u siebie” — czy Jezus pukając do nas zastanie nas w u siebie. Lato to czas, w którym warto pomyśleć o tym , że Jezus przychodzi do nas jako gość błogosławiony. Czytaj dalej LATO – CZAS WAKACJI, URLOPÓW, ODPOCZYNKU CZAS SZCZEGÓLNY

ŚMIECH TO NIE GRZECH

Zwykle święci przedstawiani są w sposób majestatyczny, poważny. Tymczasem wielu to prawdziwe zgrywusy. Jeden z nich – św. św. Filip Neri podkreślał, że smutek to największy sprzymierzeniec szatana, a drogą wiodącą do nieba jest radość. Zatem przestańmy być tak śmiertelnie poważni!

Trzy lata temu w homilii na Niedzielę Palmową papież Franciszek powiedział: „Chrześcijanin nigdy nie może chodzić smutny ze zwieszoną głową, gdyż to byłoby oznaką braku nadziei lub braku miłości do Chrystusa. Albo też oznaką choroby, którą należałoby leczyć… Niestety, bardzo wielu «pobożnych» katolików swoją postawą pełną smutku i zgryzoty – bardziej przypomina uczestników konduktu żałobnego, niż szczęśliwych wyznawców i miłośników Jezusa Chrystusa. Ludzie ci straszą innowierców oraz ludzi poszukujących swoją postawą i skutecznie zniechęcają ich do religii katolickiej”. W dalszej części kazania Ojciec Święty podkreślił, że radość jest jednym z owoców Ducha Świętego. Z kolei znany brytyjski pisarz Gilbert Keith Chesterton, twórca niezapomnianej postaci o. Browna, katolickiego księdza i zarazem detektywa-amatora, już wiele lat temu przekonywał, że „poczucie humoru nie jest niczym innym jak jeszcze jedną formą religijności, bowiem tylko ten, kto szczerze w coś wierzy, ma prawo do żartowania z tego”. Przeglądając życiorysy świętych, okazuje się, że w historii Kościoła znajdziemy mnóstwo postaci, których życie było pełne humoru i zdrowego śmiechu.

Smutek szkodzi duszy

„Smutny święty to żaden święty” – twierdził najweselszy święty Filip Neri. Wesołość zalecał innym, bo uważał, że „smutek szkodzi duszy”. Jako nauczyciel pokory walczył z pychą, zarozumiałością i samouwielbieniem. I to właśnie śmiech, ironia i błazeństwa były najlepszym lekarstwem, jakie ordynował na te przywary. Pewnego dnia do papieża dotarła plotka, że jedna zakonnica dokonuje niewiarogodnych cudów. Ojciec Święty zlecił zbadanie tej sprawy św. Filipowi. Po długiej podróży święty dotarł wreszcie do odległego klasztoru i poprosił o widzenie z zakonnicą. Kiedy weszła do izby, ściągnął swe zabłocone buty i poprosił, by je wyczyściła. Zakonnica fuknęła wyniośle i obróciła się na pięcie. Św. Filip założył buty i wrócił zdać sprawę papieżowi. „Niech wasza świątobliwość nie wierzy tym plotkom” – powiedział, dodając: „Gdzie nie ma pokory, nie może być cudów”.

Św. Filip często zasiadał w konfesjonale, a zadawane przez niego pokuty były dość ekstrawaganckie. Jednak działały nadzwyczajnie. Jednemu z penitentów kazał np. przejść w środku lata w futrze przez środek kościoła pełnego uczestniczących w nabożeństwie. Z kolei pewna kobieta dowiedziała się, że grzeszyła… nosem. „Jak to nosem? Czy można zrobić nim coś złego?” – zapytała pewnie. „Ano tak, można. Wtykając go w nieswoje sprawy” – wyjaśnił jej święty.

Czytaj dalej ŚMIECH TO NIE GRZECH

Chrześcijanin w Internecie

Około dwudziestu pięciu lat temu Ojcowie Soboru Watykańskiego II w swych rozważaniach o Kościele w świecie współczesnym dali wyraz przekonaniu, że mężczyźni i kobiety oddający się codziennym zajęciom w swoich rodzinach i społecznościach „mogą słusznie uważać, że swoją pracą rozwijają dzieło Stwórcy (…) i osobistym wkładem przyczyniają się do tego, by w historii spełniał się zamysł Boży” (Gaudium et spes, 34). Ojcowie Soboru, patrząc w przyszłość i starając się przewidzieć, w jakich okolicznościach przyjdzie Kościołowi wypełniać swoją misję, mogli już wówczas z całą jasnością dostrzec, że postęp techniczny „zmienia oblicze ziemi”. Uznali, że w szczególności szybkie tempo rozwoju nowych technologii przekazu informacji musi wywołać reakcję łańcuchową i prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji. Powinnością członków Ludu Bożego jest twórcze wykorzystywanie nowych odkryć i technologii dla dobra ludzkości i do realizacji Bożego planu wobec świata.” – tak pisał bł. Jan Paweł II w Orędziu na XXIV Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1990 r. Od tego roku wiele się zmieniło. Zjawisko „bycia w sieci” stało się dla współczesnego człowieka tak oczywiste jak to, że w domu jest lodówka.

Jak zatem odnaleźć się w „globalnej wiosce”? Czy chrześcijanin odnajdzie w niej swą tożsamość? Czy Bóg przemawia w Sieci?

Odpowiedź brzmi: i tak, i nie – pisze p. Marek Robak w „Teologii cyberświata” – „Wszystko zależy od tego, w jaki sposób rozumiemy Internet. (…)” Czy tylko jako systemu kabli, połączonych ze sobą serwerów i routerów, czy…. może czegoś więcej? „Fenomenem Internetu są ludzie. Miliony użytkowników na całym świecie. To właśnie Internet staje się, według słów Marshalla McLuhana, globalną wioską. Nie wątpię, że w takiej wiosce zamieszkać może Bóg. Jest obecny w każdym człowieku, w którym spotykamy się na elektronicznych ścieżkach.”

„W Internecie znajdziemy jego Dobrą Nowinę, do Pisma Świętego mają dostęp wszyscy, nawet ci, którzy nigdy nie kupiliby go w wersji drukowanej. Możemy się zapisać na „wirtualne rekolekcje”, których owoc wcale nie musi być wirtualny. Wielu użytkowników Sieci to chrześcijanie, którzy nie boją się mówić o odkrytym przez nich Bogu. Wreszcie, gdy spojrzymy na cały wynalazek Internetu, jego wspaniałość każe się zastanowić nad Tym, który dał człowiekowi takie zdolności.”

Dwa tysiące lat temu Jezus wchodził na górę lub przemawiał łodzi na jeziorze, by być dobrze słyszanym przez setki i tysiące jego uczniów. Dziś jego orędzie tłumaczone jest także na język elektronicznej komunikacji i Internetu. „Wraz pojawieniem się komputerowych technik telekomunikacji oraz tak zwanych skomputeryzowanych systemów uczestnictwa — napisał Jan Paweł II – Kościół otrzymał nowe środki realizacji swojej misji ” Najlepszy przykład daje tu sama Stolica Apostolska (http://www.vatican.va ), której serwery na bieżąco udostępniają światu nauczanie Kościoła.

W tym krótkim eseju trudno poruszyć całą tematykę, którą sugerowałby tytuł. Jednakże Drogi Czytelniku zwróć uwagę na SWOJĄ obecność w globalnej sieci. Czy jesteś tam po to, by odnaleźć ślad Boga? Czy jesteś odpowiedzialnym użytkownikiem sieci, samemu dbając o poziom jej zawartości? Więcej – czy sam jesteś tym i tą, który/a pozwala innym odnaleźć to „więcej”?

Sieć nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna! Zachłyśnięci możliwościami Internetu musimy zdawać sobie jednak sprawę z tego, że w chrześcijaństwie nie jest podstawowym narzędziem głoszenia Ewangelii. Jak z każdym ludzkim pomysłem także i sieć Internet ma swoje ograniczone możliwości i płynące z nich niebezpieczeństwa: dla swoich użytkowników i przekazu wiary.

Po pierwsze – w Kościele wiele rzeczy odbywa się w „sposób sakramentalny”, to znaczy pewnej intencji towarzyszy konkretny znak. Przypomina, że wiara nie jest abstraktem. Ale jest czym co można dotknąć, przeżyć namacalnie. Wyspowiadać się nie da przez Internet. Dlatego nigdy nie zastąpi on momentu łaski dawanej od Boga. Owszem – może do sakramentalnego spotkania z Nim przybliżyć użytkownika sieci.

Po drugie – Internet jest znakomitym miejscem wymiany myśli, słów, obrazów, zdjęć, filmów, itp. Ale nie o to tylko chodzi w chrześcijaństwie Wiara nie będzie się rozwijała tylko w oparciu o elektroniczną korespondencję. Potrzebna jest przestrzeń wprowadzania słów w czyn, deklaracji w akcję. Inaczej pozostaniemy na poziomie refleksji a nie konkretu, które ma moc zmiany życia.

Po trzecie – miejscem rozwoju wiary jest zawsze wspólnota Kościoła. Od pierwszych wieków chrześcijanie trzymali się razem. Owszem – także i dziś wierzący tworzą w sieci wirtualne wspólnoty, ale wiele z nich pozostaje tylko w przestrzeni serwerów co sprzyja nadmiernej indywidualizacji i zamykaniu się w sobie. Wyrazem tego jest choćby uciekanie się do stosowania pseudonimów, ukrywania własnej tożsamości i podszywania się pod kogoś innego. Nijak ma się to do tego, by chrześcijanin był świadkiem. Obecność w sieci może prowadzić do spotkania na łonie wspólnoty Kościoła.

Z doświadczenia „bycia w sieci” i duszpasterskiej pracy mogę napisać, że Internet pozytywnie wpłynął na możliwość dotarcia do wiernych z przekazem Ewangelii. Niesamowita szybkość przepływu informacji i sposobność udostępnienia „za jednym kliknięciem” treści szerszemu gronu odbiorców. Responsywność kanałów komunikacji w połączeniu z funkcjonalnością informacji zwrotnej. Bogactwo źródeł, treści, opinii i komentarzy. To jedne z wielu rzeczy, za które można być wdzięcznym Bogu za dar rozumu dany człowiekowi. Doświadczenie parafialne także wskazuje na dobro jakie płynie z obecności w sieci. Witryna parafialna, kanał Youtube, FanPage na Facebooku, transmisje online z Mszy o uproszenie zdrowia czy Wieczorów Chwały to jest ów współczesny Areopag głoszenia Dobrej Nowiny!

źródło: http://www.sacerdos.pl/chrzescijanin-w-internecie/